O przygotowaniach słów kilka…

Po zeszłorocznych, nastawionych głównie na wypoczynek wakacjach
(wyspy greckie) dość szybko doszliśmy do wniosku, że znów mamy ochotę
na coś ekstremalnego. Że znów ciągnie nas w bardziej orientalne strony…

Myśleliśmy o Iranie od dłuższego czasu ale niepewna sytuacja na
Bliskim Wschodzie kazała nam przekładać wyjazd na bliższo-dalszą
przyszłość. Dodatkową inspiracją okazał się brat Macieja – Wojtek (i
zdjęcia, które zrobił!), który rok przed naszą wycieczką wyjechał na
urlop do Iranu.

Przygotowania były stosunkowo długie, zdecydowanie wymagały więcej wysiłku i zaangażowania niż jakikolwiek wcześniejszy wyjazd.

 

Samochód

Po pierwsze, zdecydowaliśmy się kupić wspólny samochód, który miał
być przerobiony stricte na potrzeby długiej podróży autem. Szukaliśmy
umiarkowanie starego, podwyższonego auta dostawczego z silnikiem Diesla i
klimatyzacją.

Wybór padł na Fiata Ducato (mały przebieg – 125tyś km, 8 lat, silnik
2.8jtd, przeszklony, spełniający wszystkie wymagania, które opisałam
wcześniej). Maciej i Rafał pojechali po niego do Drezna.

Po zarejestrowaniu i dokonaniu niezbędnych opłat przystąpiliśmy do
przeróbki samochodu, która zajęła sporo czasu (ok. pół roku) – nie da
się ukryć, że siarczysta zima miała na to znaczący wpływ.

* Kupiliśmy 6 foteli przednich od Forda Eskorta (utworzyły dwa rzędy
siedzeń dla pasażerów – pierwszy rząd siedzeń można odwrócić o
180stopni, tworzą wtedy 3 dodatkowe miejsca do spania). W odróżnieniu od
standardowych kanap – fotele są regulowane, można je pochylać – co
znacznie zwiększa komfort jazdy.

* Wnętrze samochodu oraz siedzenia dla pasażerów oraz dwa siedzenia z przodu auta zostały wytapicerowane od nowa.

* Do półki za siedzeniem kierowcy przyczepiliśmy uchwyt do
przenośnego telewizora. Z przodu i z tyłu zrobiliśmy instalację
elektryczną z wieloma gniazdami na 12V i 220V.

* Samochód zyskał również dodatkowy zbiornik paliwa  (z tyłu auta) z
drugim wlewem na 115L paliwa – tym sposobem mogliśmy przejechać ok.
1800km przy pełnym ładunku i 8 osobach ‘na pokładzie’.

* Na dachu został umieszczony bagażnik mieszczący koło zapasowe i
zbiornik na wodę o pojemności ok. 50L (zrobiony z rur kanalizacyjnych) z
podłączonym prysznicem turystycznym. Aby ułatwić sobie dostęp na górę
samochodu dorobiliśmy stopień tylny oraz drabinkę.

* Z tyłu auta zostały dorobione szafki pod dachem, na podłodze i po
bokach. Nad przestrzenią ładunkową umieściliśmy legowisko – materac dla 3
osób z wmontowanymi pasami bezpieczeństwa. Łóżko od siedzeń oddzielała
siatka. Na siatce i kilku siedzeniach zawiesiliśmy organizery z
kieszeniami – idealne by trzymać najpotrzebniejsze rzeczy pod ręką.

 

 

Formalności – niezbędne dokumenty

Nie da się ukryć, że podróż samochodem do Iranu wymaga spełniania
kilku innych wymogów formalnych oprócz typowego – czyli wiz dla
pasażerów.

* Z wizami musieliśmy odczekać odpowiednią ilość czasu ponieważ są
one ważne tylko 3 miesiące od wystawienia.Maciej zawiózł nasze paszporty
do Warszawy, a ja po otrzymaniu decyzji o pozytywnym rozpatrzeniu
naszego wniosku (Pani w Ambasadzie stwierdziła, że była zaskoczona
faktem iż było nas aż 8 osób i wszyscy dostaliśmy wizę, ponoć ostatnimi
czasy bywało z tym różnie) pojechałam pociągiem na jednodniową wyprawę w
tą i z powrotem i odebrałam je z Ambasady irańskiej.

 

 

* Największy problem związany z wjazdem do Iranu samochodem to
niejaki Carnet de passage czyli krótko mówiąc kaucja zwrotna – dokument
zabezpieczający, zapewniający państwo, że tak jak wjechaliśmy – tak też
wyjedziemy. Załatwia się go w PZM-ocie w Warszawie.

Carnet de passage to sprawa kosztowna, kosztuje 20 000zł plus 350zł
za wystawienie dokumentu. Formalności trwają ok. 1,5 tygodnia gdyż musi
on zostać autoryzowany w Genewie.

* Maciej i Rafał wyrobili sobie także międzynarodowe prawo jazdy (35zł), ubezpieczyliśmy samochód i oczywiście siebie samych ;)

 

Naklejka

Maciej wpadł na świetny pomysł „wyprodukowania” naklejek, którymi
ozdobimy samochód z zewnątrz. Przedstawił mi swoją wizję ich wyglądu a
ja wykonałam coś na kształt projektu – mapy składającej się z państw
przez, które będziemy jechać po drodze do Iranu.

Z takim projektem udaliśmy się do firmy specjalizującej się w drukowaniu różnego rodzaju naklejek.

Od razu napomknę – kropki na mapce (głównie irańskie) są delikatnie mówiąc, poglądowe.

 

W relacji z wyjazdu ten wątek przewijał się mnóstwo razy ale powiem
jeszcze raz – inwestycja niewielka a otworzyła nam wiele „drzwi”. Od
razu widać skąd jesteśmy, dokąd jedziemy i w jakim celu – co w
przypadku ogromnego samochodu z dziwną instalacją na dachu – było
pomocne ;)

 

Ubiór Polki w Iranie

W hotelu Laleh w Maku, my – kobiety, po raz pierwszy przetestowałyśmy
nasz sprytny nabytek – płaszcz z kapturem. Kasia wpadła na pomysł by
uszyć u krawcowej niewielkim kosztem długi, wiązany kopertowo płaszczyk z
bawełny by w sytuacji gdy toaleta czy prysznic są w hotelu na
korytarzu uniknąć ciągłego ubierania koszuli, chustki itd.

W tym można spokojnie chodzić i w pidżamie pod spodem. Kosztowało grosze – a to naprawdę duże ułatwienie życia.

Ubiór:

Wakacje przechodziłyśmy w kombinacji – spodnie lniano-bawełniane +
długa koszula/tunika + chusta + sandały (a w plecakach na wszelki
wypadek skarpetki „stópki”). Co do kolorów – starałyśmy się tylko nie
razić nikogo w oczy nazbyt agresywną kolorystyką.

Z kupnem spodni nie ma problemu, zwłaszcza w sezonie letnim. Tuniki
to większy problem (chociaż teraz – gdy do sklepów wchodzą jesienne
kolekcje, widzę ich mnóstwo…).

Znajoma przewodniczka doradziła nam zakupy w sklepach hinduskich ale
my jak na złość niczego odpowiedniego nie znalazłyśmy. Nabyłyśmy
(głównie w H&M) tuniki w rozmiarach odpowiednio większych (40-42)
by nijak nie podkreślały kształtów i były odpowiednio długie.

Świetnie sprawdzają się również męskie koszule, które po podróży można oddać chłopakowi/mężowi/bratu czy tacie.

Jeśli dana tunika czy koszula była cieńsza i w związku z tym prześwitująca – wkładałyśmy pod spód luźniejszy t-shirt.

Z chustkami czy szalami nie ma najmniejszego problemu bo jest ich wszędzie bez liku.

Można również kupić co nieco w samym Iranie, na licznych bazarach.
Same też tak zrobiłyśmy – kupiłyśmy w Teheranie ciemne, długie tuniki
(by móc wejść do obiektów, które takiego ubioru wymagają). Iranki jednak
lubują się w „plastikowych” materiałach, potęgujących uczucie gorąca.

17.06.2010 – Podróż czas zacząć…

Czwartkowe popołudnie – dla poznańskiej części załogi Fiata Ducato to początek podróży do Iranu.

Po stopniowym i powolnym pakowaniu nastąpił środowy wieczór – punkt
kulminacyjny przedwyjazdowej gorączki, „ulubiony” moment Kasi, na której
od lat spoczywa największa odpowiedzialność za to co zabierzemy albo
czego ewentualnie zapomnimy. Robienie listy, prasowanie, pakowanie,
robienie zakupów, późniejsze sprytne rozlokowanie wszystkiego w
samochodzie. Wychodzi nam to nawet nieźle bo wszyscy idą spać, bo
chociaż Maciej (kierowca naszej części ekipy) musi się wyspać – to z
resztą bywało dotychczas różnie.

Wyjeżdżamy ok. 10:45, do Leżajska dojeżdżamy kilka minut po 18:00 zatrzymując się wcześniej na mały obiad.

Tu czeka nas przeładowanie naszej części bagaży do wspólnego wozu. W
samochodzie oprócz 3 osobowego łóżka, zamontowaliśmy też TV z dvd – dość
szybko okazało się, że z późniejszym oglądaniem filmów może być mały
problem… Maciej był z siebie wielce zadowolony bo nie zapomniał kabla -
szkoda tylko, że zapakował TV – ale pilota już nie… ;) Telewizor ma
wbudowaną kieszonkę na płyty i panel przeróżnych przycisków co umożliwia
oglądanie polskich filmów, jednak niemożność wyboru języka w innych
stawia nasze seanse pod znakiem zapytania… Małe załamanie przerywa
sąsiad Iwony i Rafała, który podłącza do naszego TV „stacjonarne” dvd.

Rytualne przyklejenie naklejek

 

Ostatnie przygotowania, kanapki na drogę i po konsumpcji piwa
„Leżajsk” udajemy się na spoczynek by możliwie jak najbardziej wyspać
się przed dwudniową jazdą.

18-19.06.2010 – Telepanie się przez Ukrainę, czyli „miało być dobrze, wyszło jak zwykle…”

Stan licznika: 164.500km

 

Telepanie się – bo jazdą tego nazwać się nijak nie da. Pobudka o 4:00
rano, krótkie śniadanie i w miarę punktualny wyjazd ok. 5:00.

 

10km za Leżajskiem Iwona pyta Rafała czy zabrał kopertę z pieniędzmi -
okazuje się, że nie. Zostały w torbie do, której początkowo mieli się
spakować. „Małe” nieporozumienie powoduje chwilę zdenerwowania, a ja po
cichu myślę, że to dobry znak, mimo wszystko. Przypominam sobie rok 2006
i wyprawę do Syrii i Jordanii kiedy to Poznaniacy w Krakowie
zorientowali się, że dowód rejestracyjny samochodu został w domu i noc
spędzili na dworcu głównym czekając na pociąg i przesyłkę kurierską.
Później okazało się, że był to najlepszy wyjazd wszech czasów. Może i
jestem młoda i głupia ale osobiście uważam, że takie „kwiatki” po czasie
zostają tym co zostaje w pamięci, co czyni opowieści interesującymi.

 

Rafał dzień wcześniej pojechał ze znajomymi na granicę by zorientować
się jak wygląda sama odprawa, zabrał też karty przekroczenia granicy,
wypełniliśmy je już w czwartek. Przez przygodę z nawrotką do Kolczovej
docieramy z opóźnieniem i trafiamy na zmianę celników (o 7:00).
Generalnie odprawa przebiegła bezproblemowo.
Iwona musiała wziąć
leki więc celnik nie omieszkał przejrzeć bardzo dokładnie całej apteczki
szukając leków nielegalnych na Ukrainie. Inni stali obok, patrząc
niewyraźnie na nasz samochód, spluwając bardzo kulturalnie na chodnik…

Tuż za granicą zatrzymaliśmy się na stacji by zatankować bak do pełna
(200 litrów), zrobić krótki popas i zakupy w sklepie monopolowym.

 

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w stronę Lwowa. Tu spotkała nas pierwszy raz,
wątpliwa przyjemność obcowania z ukraińskimi władzami. Policjant
podbiegł do okna i niezwykle się bulwersując wykrzykiwał „Nie znacie
prawa na Ukrainie?!”.

Rafał wysiadł i zaczęła się prawdziwa dyskusja. Okazało się, że
policja zainteresowała się naszą anteną CB zamontowaną na dachu – radio
nieużywane wcześniej – teraz pechowo włączone bo przed nami jechał wóz
na polskich numerach, a my niepewni czy obraliśmy dobry kierunek,
chcieliśmy się upewnić… Zatrzymali i jego i nas (nie, wcale nas to nie
dziwi). Policja stwierdziła, że przez takich jak my oni nic nie słyszą w
swoim radiu, że im przeszkadzamy. Straszyli jazdą do miasta do sądu.
Oczywiście wszyscy wiedzieli o co chodzi. O wymuszenie małego,
niewinnego kieszonkowego. Chamscy w obejściu policjanci dali do
zrozumienia, że problem jako taki istnieje tylko jeśli nie damy im
łapówki w postaci 100h. Skutecznie zepsuli nam humor, wzbudzając
pierwsze poważne wątpliwości czy skracanie sobie drogi jadąc przez
Ukrainę to aby był dobry pomysł…

Przy okazji wspomnę, że tego dnia policja zatrzymała nas jeszcze 3
razy.                                                                               
Drugi przymusowy postój miał przynajmniej jakieś uzasadnienie.
Przejechaliśmy przez przejście dla pieszych (pasy malowane pewnie 30 lat
temu, widoczne wyraźnie w momencie przejeżdżania przez nie) nie
przepuszczając pieszego, który czekał na środku jezdni. Oczywiście po
wcześniejszych przejściach w naszych głowach od razu zakiełkowała myśl
jakoby ów pieszy kursował w tą i we wtem po pasach sprawdzając czy być
może ktoś nie połasi się na złamanie prawa. Policja ukraińska stoi na
straży bezpieczeństwa narodu i z pewnością na to nie pozwoli… Mandat
wyniósł nas kolejne 100h.

Dwie kolejne kontrole były rutynowe – papiery samochodu, prawo
jazdy… – nie powiem, byliśmy nieco zdziwieni. Stwierdziliśmy nawet, że
może trzeba było zapytać czy aby o czymś nie zapomnieli…

 

Ale policja to nic takiego jeśli weźmiemy pod uwagę stan ukraińskich
dróg. Prawdziwa tragedia, istny dramat. Dziury z rodzaju tych, które
niemal katapultują samochód w kosmos przy najechaniu na nie – nawet z
niewielką prędkością. Ich ofiarą padł nasz system wodny zamontowany na
dachu. Na postoju okazało się, że wody i korka brak. Nic dziwnego
zresztą – ja na jego miejscu też bym nie wytrzymała.

 


Jedyny jako-taki odcinek drogi udało nam się przejechać przez pomyłkę, wjeżdżając na drogę do Kijowa.

Ukraina nas bardzo zmęczyła i wytrzęsła za wszystkie czasy. Zdecydowanie nie polecamy.

 

Dziura dziurą popychana

 

Żeby było śmieszniej, na granicy czekała na nas kolejna
niespodzianka! Po pierwsze kolejna zmiana warty, po drugie kolejka
poruszająca się w żółwim tempie albo mówiąc szczerze – nie poruszająca
się wcale.

Mieliśmy okazję napatrzeć się na celników chodzących od samochodu do
samochodu i zbierających daniny za przekroczenie granicy (mamy dziwne
wrażenie, że to nie cebulę, która wypełniała bagażnik samochodu przed
nami – nieco na pokaz – owa pani chciała przewieźć do Rumunii…).

Całkiem słusznie obawialiśmy się co to będzie gdy nadejdzie czas na
nas. Celnik zaczął ostukiwać tapicerkę, wypytując co przewozimy (nic na
Boga…), na nasze „nic tam nie ma” odpowiedział jedynie z ironią –
„zaraz się dowiemy”. Następnym poleceniem było zjechanie na bok,
znaleźliśmy się tuż przed kanałem. Wizja rozgrzebania misternej
układanki skrzynek, toreb i innych jakże potrzebnych drobiazgów –
przeraziła nas nie na żarty. Pogrzebali chwilę, przeglądając zawartość
„tyłu” – i nie wiemy do końca czemu (może dlatego, że w przeciwieństwie
do reszty nie paliliśmy się by wzuwać im do rąk magiczne banknoty) – ale
w końcu dali nam spokój. My jedyni – wyglądający jak turyści –
oczywiście okazaliśmy się głównymi podejrzanymi na liście potencjalnych
przemytników. Pani od cebuli i spółka – już nie.

To tutaj po spojrzeniu na zegarek okazało się, że niecałe 500km przez
Ukrainę pokonaliśmy w 13h ustanawiając niemal rekord świata. Musieliśmy
dać upust całej irytacji więc hasłem dnia stało się tytułowe „miało być
dobrze, wyszło jak zwykle…”.

Wniosek? Ukrainie w drodze powrotnej podziękujemy. Pojedziemy jak zwykle – przez Węgry i Słowację.

 

Po przejechaniu przez ukraińskie bramki naszym oczom ukazała się
jeszcze większa katastrofa. Jeśli w kolejce do ukraińskiej granicy dało
się zauważyć ruch, tak tutaj – szeregi samochodów w kilku rzędach
czekały Bóg wie na co.

Gdyby nie spostrzegawczość i spryt Rafała pewnie musielibyśmy
doliczyć do naszego opóźnienia jakieś 3 czy 4 godziny. Rafał, mając w
pamięci zeszłoroczne doświadczenia z granicy macedońskiej, podszedł do
celników mówiąc, że jesteśmy z Polski, nie mamy nic do oclenia, jedziemy
dalej – do Iranu i czy w związku z tym – możemy przejechać poza
kolejką. Okazało się, że i owszem – nie ma problemu, przejeżdżajcie!
Wjechaliśmy na pas z napisem CD (korpus dyplomatyczny) i po niedługiej
chwili znaleźliśmy się na wyczekiwanej przez wszystkich granicy.

 

Rumunię przejechaliśmy w nocy. Nie macie pojęcia jaką przyjemność
sprawiła nam jazda po rumuńskich drogach, które i bez tego są w bardzo
dobrym stanie (trasa na Bukareszt i Ruse), a po ukraińskiej gehennie
samochód niemal po nich płynął. Oprócz jakości, niewątpliwym plusem
Rumunii jest dobre oznaczenia dróg. Na granicy również nie było
problemów, celnicy byli bardzo sympatyczni.

 

W Bułgarii musieliśmy kupić winietę za 7 euro (na 7 dni). Bułgarzy
nie szczędzą na znaki informujące o konieczności jej zakupu, co biorąc
pod uwagę trasę Szumen – Karnavad wydaje się po prostu śmieszne.
Maksymalna prędkość jaką można rozwinąć to 20km/h. W Polsce takich dróg
nie można spotkać na najgorszej wsi.

Droga do granicy tureckiej (Malko Ternovo, ok. 60km przez las)
również nie należy do zbyt przyjemnych, chociaż powoli zaczynają ją
remontować.  Z tras na Malko należy wybrać drogę żółtą a nie czerwoną
nad wybrzeżem – na co mógłby wskazywać rozsądek.


Dziury-katapulty w wersji bułgarskiej

Krótki postój przed granicą bułgarsko-turecką

 

Dojechaliśmy do Turcji. Od razu zrobiło się nam raźniej. Tą granicę
przekraczaliśmy już tyle razy, że nawet holl z siedzibą policji, odprawą
celną i biurami paszportowymi wzbudza w nas sentyment i przywodzi wiele
wspomnień. Celnicy – jakżeby inaczej – niezwykle sympatyczni i z
poczuciem humoru. Robili sobie z nas żarty wbijając stempel tylko do
jednego paszportu i udając, że przecież więcej nie ma… Prosili też o
podaniem im kilku nowych zwrotów po polsku bo znają jedynie „dzień
dobry” i „dziękuję”. Od teraz mogą też zapytać turystów jak się mają
albo ich pożegnać ;)

Po pierwszej części odprawy przyszła pora na kontrolę samochodu.
Przed nami przejechał autobus więc musieliśmy czekać dłuższą chwilę aż
celnicy skończą kontrolować torby pasażerów.

Nas zapytano jedynie o zawartość kanistrów (woda) i puszczono dalej,
niemal od razu. W ostatniej „budce” przed wjechaniem do Turcji
usłyszeliśmy jeszcze, że nasza wyprawa to „nice trip” i to by było na
tyle jak chodzi o przekraczanie granic. Ta najważniejsza jeszcze wciąż
była przed nami.

W Kirklareli wymieniliśmy pieniądze, kupiliśmy owoce i poszliśmy na
pierwszego tureckiego kebaba (przykładowo: 4 x kebab + 4 x ayran to 7
TLY).

Jadąc nie da się nie zwrócić uwagi na to, że w Turcji ciągle się coś
dzieje, coś buduje, remontuje i ulepsza. I te drogi! Patrząc na ten
aspekt, Turcja bez wątpienia o wiele bardziej pasuje do Unii niż Polska,
Rumunia i Bułgaria razem wzięte…

 

Zdecydowana ulga ;)

 

 

Dorobiliśmy się kolejnego mandatu – tym razem z prawdziwego zdarzenia
(chociaż i tego pewnie nie jesteśmy, policjanci nie mieli radaru), za
przekroczenie prędkości. Ponoć pół-busem można jechać co najwyżej
80km/h, my jechaliśmy 90. Kara wysokości 20 euro.

Istambuł jak zwykle zrobił na nas wrażenie. Zawsze robi – a biorąc
pod uwagę fakt, iż ciągle się rozrasta – nie przestanie tego wrażenia
robić nigdy. Przejechanie Istambułu nie stanowi większego problemu,
chaos zaczyna się przed mostem nad Bosforem. Most jest ogromny ale
kolejka samochodów chętnych do jego przekroczenia jeszcze większa (i
szersza). W wielu rzędach pojazdów co chwilę następują roszady więc
trzeba mieć oczy dookoła głowy. Ciężko jest zorientować się do, której
budki podjechać by kupić normalny bilet na jednorazowy przejazd. My
podjechaliśmy do złej (z napisem KGS), jako, że nie było już innego
wyjścia – musieliśmy kupić kartę za 50 TLY. Szybko jednak
zorientowaliśmy się, że pewnie była to dobra inwestycja bo z karty można
też korzystać na autostradach więc jej równowartość i tak się zwróci,
poza tym zwykłych biletów nie ma już w sprzedaży.

Dopisek: Po dojechaniu na granicę turecko-bułgarską 08.07.2010r na karcie zostało jedynie 10TLY.

 

Istambuł


Przez wielkie ukraińskie opóźnienie musieliśmy się pogodzić z myślą,
że do (lub nawet za) Ankary nie dojedziemy na pewno. Nikt nie
przewidywał takiego obrotu sprawy, byliśmy przekonani, że w niedzielę
będziemy już daleko za Ankarą – tak na pewno zorganizowalibyśmy
niezbędne dokumenty do głosowania za granicą.

Pierwszą myślą było nocowanie w Izniku, oficjalnie stanęło na
okolicach Bolu. W końcu po 43 godzinach jazdy non stop zatrzymaliśmy się
na nocleg. Znaleźliśmy hotel (nazwy brak, szyld głosił „LOKANTA, OTEL„)
ok. 200km przed Ankarą, 37km przed Bolu, za Duzce po zjechaniu z
autostrady. Hotel znajdował się przy czerwonej stacji benzynowej,
naprzeciwko budynku z szyldem BAYRAM.

Pokój 4 osobowy z łazienką z prysznicem kosztował 50 TLY. W środku 2
podwójne (rzekomo – bo nieco wąskie…) łóżka, TV, wentylator. Pokoje
czyste, ładne.

20.06.2010 – Próba przedarcia się na jak najbardziej wschodni wschód Turcji

Kilkudniowa podróż samochodem pozwala doceniać małe przyjemności.

Łóżko – nawet ciasnawe staje się prawdziwym rarytasem. Wypoczęci,
zjedliśmy śniadanie w restauracji na dole. Obsługa hotelu i restauracji
mówi po angielsku raczej średnio ale za pomocą bogatej mimiki i używając
języka gestów, udało nam się zjeść całkiem normalne, europejskie
śniadanie zamiast tureckich przysmaków (tego co prezentowali na
„wystawce” lodówki nigdy nie jedliśmy, za to za ladą wypatrzyliśmy
jajka). Przykładowo: 4 duże herbaty, kosz świeżego chleba, 3 talerze
miodu, masło i jajecznica z 4 jaj – 25 TLY.

 

Poranne pakowanie przed hotelem

 

Przed wyjazdem w dalszą drogę musieliśmy się jeszcze trochę pomęczyć z
„niezniszczalnymi” lodówkami turystycznymi, w których rok w rok coś nie
„styka”.

 

Majsterkowanie przy słynnych, niestykających lodówkach…

 

 

Co tu dużo mówić, był to kolejny dzień spędzony w 90% w samochodzie.
Bardzo optymistyczna wersja wydarzeń przewidywała dotarcie do
Dogubayazit, ale po trzeźwym spojrzeniu na mapę stwierdziliśmy, że
trochę za dużo nam tej Turcji zostało do przejechania jak na jeden
dzień… Ale próbować dotrzeć jak najdalej będziemy w stanie zawsze
można. Więc spróbowaliśmy.

 

Przegląd kierowców – Rafał:

I – po zmianie warty – Maciej:

 

Powzruszaliśmy się oglądając naszego ulubionego „Pana od muzyki” (fr
„Les Choristes”) i pośmialiśmy się przy „Jak wywołałem Drugą Wojnę
Światową”. Ja poświęciłam sporo czasy na opisanie dotychczasowych
perypetii.

 

Jakby jeszcze ktoś miał wątpliwości, kolejna porcja z cyklu: przegląd tureckich dróg + budująca się Turcja

Modlitwa do arbuza i przerwa na kanapki (plus ogórki kiszone prosto z Polski)

 

Na stacji benzynowej, już w Turcji wschodniej, podczas postoju na
kawę poznaliśmy dwie nowe przyjaciółki – biedne psiny (jak to w krajach
muzułmańskich, średnio szanowane i bardzo zabiedzone…). Serce się
kraje na widok psa jedzącego stare jeansy. Dając upust swojemu
współczuciu podkarmiliśmy je chlebem, Kasia – dodatkowo, w tajemnicy
przed Maciejem – małą konserwą.

 

 

W końcu po 13h jazdy po drodze do Erzican (70km przed – miejscowość Refahiye) znaleźliśmy KOMPLEKS (hotel, supermarket i restauracja) ESADAS.
Hotel dużo droższy niż poprzedni ale też standard dużo wyższy. Obsługa
raczej nie mówi po angielsku, chyba, że angielskim nazwiemy nazwać zwrot
składający się z jednego słowa angielskiego i reszty tureckiej. Dla
chcącego nic trudnego więc się jakoś dogadaliśmy.

Ceny: pokój pojedynczy: 40TLY, pokój podwójny: 65TLY, dostawiane łóżko: 25TLY

Antek śpi w samochodzie więc koszt dla 7 osób (3 pokoje dwuosobowe)
został oszacowany na 185TLY. Po chwili recepcjonista sam zmniejszył cenę
do 180TLY. Tak czy owak – stwierdziliśmy, że to trochę drogo.
Zaproponowaliśmy więc powtórkę z rozrywki z dnia wczorajszego czyli 2
pokoje dwuosobowe. Pan był nieco zdziwiony, pokazywał, że przecież łóżka
są takie wąskie (wcale nie!) – ale koniec końców się zgodził.
Zanieśliśmy więc bagaże.  Później jedni cieszyli się ostatnimi przed
Iranem drinkami, drudzy oglądali mecz Brazylia – Wybrzeże Kości
Słoniowej. Wyników wyborów nie przeżywaliśmy zbytnio – druga tura była
do przewidzenia (chociaż tak niewiele brakowało!), za to frekwencja
załamująca.

Pokoje hotelowe w zupełności pasujące do europejskich standardów: TV,
lodówka, ładne meble i bardzo czysta łazienka. Jakiekolwiek minusy
dostrzec trudno. Dodatkowym wyposażeniem pokoju był dywanik i „różaniec”
przeznaczone do modlitwy, sufit za to zdobiła tabliczka wskazująca
kierunek Mekki (z wdzięcznym napisem KIBLE).

Położyliśmy się spać by znów poderwać się wcześnie rano, o 6:00, założyć odpowiednie ubrania i dzielnie ruszyć na podbój Iranu

21.06.2010 – Turcja wschodnia i Kurdystan – czyli oda do życzliwości Turków i Kurdów

Od razu wspomnę, że wczorajsze drinki nie były ostatnimi bo podbój Iranu się opóźnił.

Po pobudce o 6:00 zjedliśmy prowizoryczne śniadanie w pokojach
hotelowych. Po porannej toalecie zeszliśmy do restauracji by napić się
tureckiej herbaty. Chwilę po złożeniu zamówienia zauważył nas pan, który
obsługiwał nas wczoraj. Z tego co mówił wywnioskowaliśmy, że w cenie
pokoju jest jeszcze śniadanie i, że koniecznie musimy je zjeść – on nas
obsłuży. Zostaliśmy poczęstowani chlebem, miodem, dżemem, słonym (i
pysznym) białym serem, jajkami (my – „jedno wystarczy”, on – „ależ nie!”
i dokłada kolejne…) oliwkami, warzywami. Do tego obowiązkowa herbata w
wielkim, europejskim kubku (przez co nieco słabsza).

 

 

Ok. 100 km przed Erzorum, przed miejscowością Tercan zatrzymała nas
policja. Byliśmy przekonani, że to rutynowa kontrola – taka jakie we
wschodniej Turcji zdarzają się dość często. Po dłuższej chwili Rafał
wrócił z kolejnym mandatem. Okazało się, że minęliśmy radar, jadąc po
raz kolejny zbyt szybko (95 km/h zamiast 80). Zapłaciliśmy 130 TLY, a
mandat mieliśmy zapłacić na granicy turecko-irańskiej w Bazargan. Maciej
wpisując mandat w koszty stwierdził ze śmiechem: „No Rafał, Twoja
kolekcja mandatów robi się imponująca”. Cóż, ewidentnie jesteśmy
piratami drogowymi.

Im dalej na wschód Turcji, tym piękniej. Jechaliśmy przez zjawiskowe
wąwozy na wysokości 2000m npm, mijając rwącą czerwoną rzekę, małe
kurdyjskie wioski, stepy usiane różnokolorowymi kwiatami. Z sentymentem
stwierdziliśmy, że to taki obraz Kurdystanu jaki został nam w pamięci
(Poznaniacy byli tu w 2004, rodzina z Leżajska w 2002). Kurdystan… jest piękny, biedny ale piękny. I to piękny w sposób
niepodlegający dyskusji – przestrzeń dająca poczucie wolności i wielka,
wielka zieleń.

 

 

Tak jak w poprzednie dni szybko po wyjeździe z pod hotelu zapadaliśmy
w płytki i niezbyt relaksujący sen tak tego dnia – chłonęliśmy widoki
tak intensywnie jak tylko się dało.  Nasz samochód huczał od okrzyków
„patrz!” „widziałeś to?!”, „zobacz po lewej!” a my zachowywaliśmy się
jak kreskówkowy Inspektor Gadżet kręcąc głowami dookoła własnej osi.
Oprócz krajobrazów, można się jeszcze rozczulić widokiem małych pasterzy
na osiołkach albo zadziwić widokiem wielkiego stada krów zawieszonego
niczym górskie kozice na wysokiej skarpie.

 

 

Zaczęło nam brakować tureckich lir więc zjechaliśmy do miejscowości
Horasan. Zatrzymaliśmy się koło Turkiye Bankasi, Maciej i Rafał poszli
wymienić pieniądze. W banku na początku trzeba wydrukować „numerek”, a
ten proceder okazuje się trochę bardziej skomplikowany  niż można by
pomyśleć. Życzliwy Turek robi to za nich. Dostają numer 3040, czyli
przed sobą mają jeszcze 20 osób. Rafał został w banku a Maciej wyszedł i
próbował się zorientować czy gdzieś w pobliżu nie ma innego miejsca
gdzie można wymienić pieniądze. Po chwili zmaterializował się pan, który
zaprowadził Macieja do złotnika gdzie bez problemu dokonał wymiany. My –
kobiety oraz Piotrek i Antek siedziałyśmy w samochodzie, czując się
trochę jak w muzeum (zabawne ale miłe!) przyciągając spojrzenia i
uśmiechy. Stanęliśmy koło sklepu z artykułami chemicznymi więc
sprzedawca po chwili podszedł do nas i podarował nam dużą paczkę
chusteczek odświeżająco-antybakteryjnych ;) Iwona prezentowała gapiom
naszą naklejkę z trasą wyprawy. Na koniec wjechaliśmy do sklepu
monopolowego i zaopatrzyliśmy się w Efes.

Po przejechaniu przez górskie wąwozy krajobraz się spłaszcza, zamiast
skalistych zbocz widzimy alpejskie „wielkie trawniki”, na których widok
człowiek ma ochotę wybiec z samochodu, położyć się wygodnie i zostać na
zawsze.

 

 

Im bliżej Dogubayazit, tym więcej tzw. „gównianych domów” (jak je
określił Antek). Kurdowie suszą krowie odchody a później używają ich
jako opał.

 

 

30km przed Agri droga zaczyna się sukcesywnie pogarszać. Na początku
próbowaliśmy być łagodni: „No ta droga na sam koniec to mnie trochę
rozczarowała”, ale po najechaniu na gigantyczną dziurę nie kryliśmy już
emocji – „Osz ku*wa jak główna droga do granicy może tak wyglądać?”.
Iwona stwierdziła, że pewnie za chwilę nam podłoga odpadnie i jedynym
ratunkiem będzie sposób jazdy a la Flinstoni…  Droga już wkrótce powinna
być lepsza a jazda po niej nie powinna przypominać slalomu giganta bo
widać, że powoli próbują ją łatać i naprawiać.

42km przed Dogubayazit naszym oczom ukazuje się Ararat, lekko
zamglony, schowany pod czapeczką z chmur. Serce nam rośnie od tego
widoku, nie myśleliśmy, że jeszcze tu przyjedziemy… (może i niektórzy
tak, ale pewnie nie w tym samym składzie – z rodzicami).

 

 

Ludzie w Dogubayazit powitali nas serdecznie, machając, uśmiechając
się i patrząc z ciekawością, nawet żołnierze na licznych patrolach i
stróżujący przy koszarach witali nas kiwnięciem głowy. Jeden chłopak
puścił się biegiem za naszym samochodem, energicznie machając ręką w
stronę Ishak Pasa Saray.  Jak to Iwona trafnie podsumowała: „Dla takich
klimatów mogę jechać nawet i 3500 km”.

Przed zameldowaniem się w hotelu pojechaliśmy jeszcze „na górę” rzucić okiem na pałac i Dogubayazit majaczące w dole. Hotel to „Murat Camping hotel”,
Poznaniacy spali w tutejszym hoteliku (wtedy nasze pokoje przypominały
małe budki, a okna zaklejone były gazetami) 6 lat temu, a Leżajszczanie 8
lat temu na campingu. 6 lat temu poznaliśmy Sayima, który ujął nas
swoją życzliwością – zabrał nas na niesamowitą wyprawę przez malutkie
kurdyjskie wioski, pokazał ślad po meteorze blisko irańskiej granicy,
muzeum Arki Noego i miejsce gdzie rzekomo spoczęła na zboczu górskim.

 

 

Tym razem w hotelu zastaliśmy Murata (Murat Sahin), brata Sayima
(wtedy był w więzieniu, za „sprawy kurdyjskie”). Jeśli mówimy, że Sayim
był życzliwy, to Murat bije go na głowę. 6 lat temu na swoim prywatnym
blogu napisałam (pisząc o Turcji wschodniej i Kurdystanie), że do
życzliwości Turków/Kurdów można skakać na główkę. Nic się w tej kwestii
nie zmieniło.

Murat przywitał nas bardzo serdecznie, roześmiany od ucha do ucha,
zwłaszcza po tym jak opowiedzieliśmy Mu o przygodach z przed 6 lat i, że
znamy Go z opowieści Sayima. Oprócz hotelu i campingu Sayim i Murat
prowadzą „Murat Ararat Expeditions”, Sayim organizuje wyprawy a Murat
wspina się ze śmiałkami. Jest profesjonalnym alpinistą, był m.in. w
Himalajach – na Mount Everest’cie (szczytu nie zdobył, wyprawę zakończył
na ok. 7000m npm.), wszedł też np. na K2.

Świat jest mały – Murat powiedział nam, że tego dnia o 11:00, Polacy,
którzy wspinali się z Nim na Ararat wsiedli do autobusu i rozpoczęli
drogę powrotną do Polski. Na przestrzeni tych kilku lat standard hotelu
się polepszył. Pokoje czyste, surowe, z niezbędnym wyposażeniem. W
środku łazienka (trochę pachnąca kanalizacją ale nieuciążliwie) –
toaleta, umywalka i prysznic w ścianie (leciał tylko wrzątek), na
zewnątrz w osobnym budynku znajdują się dwa prysznice (tu woda była już w
porządku) i dwie toalety koedukacyjne.

Nie wiemy czy to by się stało tak czy owak, czy może dziurawe drogi
dopełniły czarę goryczy – ale nasza chłodnica się zbuntowała.
Powiedzieliśmy o tym Muratowi, ten zawołał m.in. kuzyna, otworzyliśmy
maskę i rozpoczęli obdukcję. Murat natychmiast wyciągnął telefon i
mówiąc święte słowa „no problem” wybrał numer mechanika. Powiedział, że
mechanik niedługo przyjedzie, zawieziemy samochód do Dogubayazit i rano
będzie gotowy. By zająć czas podczas oczekiwania na gościa zaprosił nas
na herbatę.

Pokazał zdjęcia z wyprawy z Polakami na Ararat, poopowiadał to i owo,
o wspinaczce, zimach w Kurdystanie… My mówiliśmy o Iranie
(stwierdził, że mamy udać się do informacji turystycznej i powołać się
na Niego, jego kolega nam pomoże). Murat zaproponował, że jeśli w drodze
powrotnej będziemy mieli odrobinę czasu to może nas zabrać land
roverami na Ararat – do ostatniego punktu gdzie docierają samochodami
przed rozpoczęciem wspinaczki (3000m npm.)

W końcu tak jak 6 lat temu  – zamówiliśmy kolację. W ramach
przystawki dostaliśmy talerz warzyw + różne dipy i kolejne herbaty. Aż
nazbyt dużym daniem głównym był kurczak i sałatki. Murat przysiadł się
do naszego stołu i czekając na swoją porcję krępując nas nieco –
wpatrywał się w nas jak w obrazek.

 

 

Mechanik przyjechał dość szybko, my pospiesznie rozpakowaliśmy bagaże
i  Murat, jego kuzyn, Maciej, Rafał i ja w charakterze pseudo tłumacza
ruszyliśmy trzema samochodami do Dogubayazit. Pojechaliśmy na
przedmieścia Dogubayazit (po drodze mijając opancerzone czołgi
patrolujące ulice) gdzie na małym podwórku mieści się kilka warsztatów.
Mechanik powiedział, że postara się zdemontować (jest późno, ok. 21:00)
chłodnicę a jutro rano specjalista ją naprawi, ma być gotowa na 11:00,
koszt to 170 TLY (swoista promocja, z racji znajomości z Muratem). Synek
mechanika cały czas podglądał tatę i uśmiechał się do nas rozbrajająco,
zapytaliśmy więc Murata czy malec lubi grać w piłkę – odpowiedź brzmiała: „Oczywiście, że tak”.
Obiecaliśmy dać Mu piłkę, którą wzięliśmy razem z innymi
souvenirami. Wszyscy uśmiechnęli się od ucha, na czele z mechanikiem,
który dziękując nam głośno zaczął kłaniać się w pół :)

Wpakowaliśmy się do land rovera Murata i nie bojąc się już żadnej dziury
prujemy do „bazy”. Po wyjściu z samochodu przeprosiłam Murata za problem
jakiego Mu przysporzyliśmy. Jemu, jego kuzynowi, mechanikowi… Murat
spojrzał na mnie jak na kosmitkę i zapytał „Jaki problem?”, ja na to „to
Wasz wolny czas, a musicie jeździć z nami w tę i z powrotem do miasta”
(a nie zajmowało to bynajmniej 5 minut…). Murat roześmiał się i z
uśmiechem numer 10 na twarzy powiedział: „To żadnej problem (tak, no
problem, oczywiście :)), jesteście moimi gośćmi, muszę się Wami
opiekować, to mój obowiązek! To przyjemność!”. Co tu dodawać…?
Upewniliśmy się też, że Murat i mechanik nie poczuli się obrażeni gdy
zaczęliśmy wszystko wypakowywać zanim nie oddaliśmy Mu samochodu. Murat
powiedział, że nawet jeśli takie obawy byśmy mieli to są one naturalne
bo to tylko sprawdzony mechanik a nie jego przyjaciel. My się jednak nie
obawiamy potencjalnej kradzieży, u kogo jak u kogo, ale nie u Nich.

Przed pójściem spać w naszym pokoiku na dachu hotelu (cudny widok na
Dogubayazit) poszliśmy do pokojów Leżajszczanin, gdzie piliśmy Efes i
rozmawialiśmy o wszystkim naśmiewając się do łez.

 

22.06.2010 – Pożegnanie z Kurdystanem i pierwsze spotkanie z Iranem

Wyspaliśmy się, zjedliśmy małe śniadanie i czekaliśmy na 11:00.
Większość powątpiewała czy do 14:00 mechanik naprawi naszą chłodnicę,
były i bardziej pesymistyczne głosy – że dzisiaj nie naprawi jej w
ogóle. Z tego co wiem tylko ja wierzyłam, że będzie jak zostało
ustalone.

I co?! Punkt 11:00 (spojrzałam na zegarek ;)) Murat zawołał: jedziemy
do Dogubayazit odebrać samochód! Przed wyjazdem zapytaliśmy Murata czy
możliwe jest zapłacenie mechanikowi w dolarach. Powiedział, że jasne –
ale po drodze zatrzymał się przy swoim biurze podróży (również
organizującym wyprawy na Ararat + plus lokalne atrakcje) gdzie zwerbował
swojego nastoletniego kuzyna, który poszedł wymienić nasze dolary na
liry tureckie. Pokazał mi swoje konto na facebook’u i grupę Ararat
expeditions (na Ararat wchodził z Nim też amerykański kosmonauta – James
Irwin), zaproszenie zostało wysłane więc kontakt z Muratem będziemy
podtrzymywać.

Mechanik pokazał Maciejowi i Rafałowi naprawioną chłodnicę, nakazał
koniecznie ją wymienić po powrocie do Polski bo do najmłodszych to ona
nie należy (8 lat) i to, że teraz dziura została załatana, nie znaczy,
że nie zrobi się nowa gdzieś indziej… Zwyczajowo zostaliśmy poczęstowani
herbatą, powiedzieliśmy Muratowi i Jego kuzynowi, że jesteśmy trochę
zaskoczeni, że samochód jest gotowy tak jak zostało to nam obiecane – bo
w Polsce to różnie z tym bywa. Jako, że herbata została przyniesiona z
osobnego baru – sąsiadującego z warsztatem – zapytaliśmy ile się należy
za napoje. Chórek składający się z mechanika, Murata i jego kuzyna (do
tej pory trochę markotnego) odpowiedział nam, że absolutnie nic! To
prezent od mechanika, on naprawia nasz samochód, jesteśmy jego gośćmi –
musi nam podać herbatę. Proste i oczywiste, prawda? ;)

 

 

Znaleźliśmy obiecaną piłkę i wręczyliśmy ją synowi mechanika. Radość
mechanika i chłopca była wzruszająca. Murat i jego kuzyn zaczęli
zachęcać malca by nam podziękował po angielsku, w końcu mały wypalił
„Fenk juuuuuu!” z zawstydzonym uśmieszkiem .

Rozliczyliśmy się, Murat pojechał na chwilę do swojego biura a my do hotelu zapakować wszystko.

 

 

Podczas płacenia Muratowi mina nam na chwilę zrzedła – zapłaciliśmy
245 lir. Nie do końca wiemy co ile kosztowało, pokoje były tanie (15 lir
za osobę, 6 lat temu był to jedynie dolar, ale i ówczesne pokoje nie
były więcej warte), kolacja droższa ale też i ogromna… W końcu doszliśmy
do wniosku, że mimo iż 245 brzmi groźnie to 70 zł od osoby za nocleg,
kolację i bezcenną pomoc – to bardzo niewiele.

Murat chciał nas zaprosić na jeszcze jedną herbatę ale zważając na
problematyczną granicę irańską, musieliśmy się śpieszyć. Dodał więc
tylko, że nawet jeśli nie będziemy mieli czasu na nocleg w drodze
powrotnej to mamy wpaść na herbatę i kawę – i być jego gośćmi. Udzielił
nam jeszcze kilku rad np. by uważać na kierowców w Iranie bo delikatnie
mówiąc są „crazy” ale my już to wiedzieliśmy. Nie ma relacji z Iranu bez
tego stwierdzenia. Pożegnaliśmy się, na odchodnym powiedziałam, że może
kiedyś z Justyną przyjedziemy i razem wejdziemy na Ararat. Murat na to:
(cóżby innego…) „No problem, I will help you!”. I chyba nikt nie ma
wątpliwości, że tak właśnie będzie.

Wspaniały człowiek, wspaniałe miejsce. Polecamy.

 

 

Już z Dogubayazit ruszyliśmy w odpowiednich strojach, tuż przed
granicą kobiety narzuciły jeszcze na głowy chusty i długie tuniki.

Przygotowani na najgorsze a jednocześnie pełni nadziei, że może
spełnią się te bardziej optymistyczne scenariusze przejechaliśmy przez
pierwsze graniczne bramki.

Mieliśmy pecha bo przed nami przyjechało kilka autobusów, z których
wytoczył się spocony, zdenerwowany tłum. Po cichu liczyłam, że może tak
jak w jednej z relacji – tureccy policjanci wyłowią nas z wielkiego
kotła ludzi oczekujących na kontrolę paszportową – ale niestety nie –
policjanci nas owszem widzieli, ale byli bardziej zajęci odpędzaniem
ludzi napierających na ich budkę. Niektórzy nawet pokusili się o
wskakiwanie na nią, przez co cały spektakl zaczynał co raz bardziej
przypominać zoo.

Sama nie pamiętam czasów Komuny w Polsce ale z opowieści rodziców
wiem, że ta cała graniczna szopka w dużym stopniu przypominała sceny
żywcem wzięte z PRL’owskich kolejek. Staliśmy w pełnym słońcu w dwóch
długich rzędach, Rafał już na początku oddzielił się od nas i stanął w
drugiej kolejce. Pech (no cóż, patrząc na konsekwencje…) chciał, że po
dłuższym oczekiwaniu Rafał zawołał byśmy przyszli stać z nim. To dla
rozgorączkowanego tłumu było za wiele… Zaczął się jazgot, krzyki i
pyskowanie – zwłaszcza dość agresywnego, bezzębnego pana, który stał za
Rafałem. Wg, którego to naprawdę nieistotne, że jesteśmy razem. Jedna
„familia” to jeden paszport. No skoro tak…

Atmosfera była straszna, nie wiem jak inni ale osobiście byłam
przekonana, że zaraz, bez zbędnych skrupułów, ktoś nam przywali. Po
„zaliczeniu” pierwszej kontroli paszportów po stronie tureckiej
przeszliśmy dalej ustawiając się pod wielką bramą prowadzącą do
Islamskiej Republiki Iranu a Maciej wrócił po samochód.

Że wzbudzaliśmy zainteresowanie chyba nie muszę mówić? Po piekle
poprzedniej kolejki, uśmiechy, dopytywania skąd jesteśmy (posługiwanie
się angielskim Poland zdecydowanie wprowadza zamęt, najczęściej słyszymy
jako odpowiedź „A Holland, Amsterdam!”, także pozostaje dla większości
zrozumiała nazwa: Lachestan) uspokoiły nieco nasze nastroje.

Po przejechaniu przez bramę kazano nam udać się do kolejnych
„okienek”. W wielkiej, dusznej sali odnaleźliśmy informację turystyczną
o, której nam mówił Murat – niestety jego kolega gdzieś zniknął.
Oczekujących ludzi kontrolował tylko jeden celnik w jednej budce, po
chwili jednak jeden z urzędników machnął do nas i zawołał byśmy podeszli
do drugiego okienka gdzie zaraz zmaterializował się celnik. Zadziałało
prawo Murphego – tamta kolejka poruszała się bardzo szybko, Pani stojąca
za nami przeszła przez kontrolę zanim nasz „nieco” powolny celnik
zmienił datę na pieczątce.

Kiedy w końcu celnik obejrzał dwukrotnie wszystkie stempelki w
paszportach naszej siódemki i zadumał się poważnie zanim wbił swój –
przeszliśmy do sali przypominającej salę kontroli na lotnisku. Kasia
zmartwiła się, że wzięła ze sobą plecak zamiast zostawić go w
samochodzie – teraz przeszukają go jak torby innych.

Stało się inaczej bo po chwili zauważył nas jeden z celników,
wyprowadzono nas na dwór gdzie bardzo pobieżnie spojrzano do wnętrza
naszego auta (jak to Kasia powiedziała – moglibyśmy spokojnie przewieźć
beczkę gorzałki i średniej wielkości wieprza – ale któżby śmiał!). Do
celnika dołączył kolejny urzędnik i oboje się nami zaopiekowali, jadąc z
nami do terminalu położonego poniżej strefy granicznej, już w Iranie.
Musieliśmy załatwić ubezpieczenie (150 euro – 8 osób, samochód, na 2
tygodnie) oraz Diesel card. Zajęło to trochę czasu bo by uiścić
odpowiednie opłaty musieliśmy poczekać na zmianę urzędników bankowych.

Przez to, że tak niewiele jest relacji z podróży samochodem po
Iranie, nie bardzo wiedzieliśmy czy naprawdę koniecznym jest jej zakup.
Jeden z mężczyzn powiedział jednak, że bez niej nie dostaniemy finalnego
stempla od celników. Diesel card to pewnego rodzaju kara za to, że już w
Iranie będziemy płacić grosze za paliwo. Doradzono nam kupno karty za
300$ (do Tabrizu), im dalsza rzekoma destynacja tym karta jest droższa. W
ramach karty możemy zatankować 200 litrów paliwa, każde późniejsze
tankowanie jest możliwe pod warunkiem zakupu karty za 20$ na stacji,
jednokrotnie można wlać tylko 100l paliwa.

Uspokojono nas z uśmiechem, że Irańczycy kochają turystów i, że
wszyscy będą nam pomagać – tylko na granicy jest mały bałagan. A paliwo
często będziemy tankować bez żadnej karty, za darmo.

dopisek

Nigdy nie kupiliśmy drugiej karty, za każdym razem na stacji benzynowej kierowcy użyczali nam swoich, my tylko płaciliśmy im należność za daną ilość paliwa. Jaki mieli w tym interes? Żaden. „Zwykła” życzliwość.

Kolejny rozdział granicznej przygody to wymiana pieniędzy. Cinkciarzy
czekających na okazję jest bardzo wielu. Do nas przyczepił się jeden,
mimo powtarzanego jak mantra „no, thank you” dalej wierzył, że mu się
poszczęści. W końcu zdecydowaliśmy się wymienić u Niego 50$ (kurs
12.000) , a resztę w banku. Oczywiście było mu mało, więc śledził każdy
nasz krok – czy to podczas załatwiania diesel card czy ubezpieczenia,
powtarzając, że w bankach wymiana jest całkowicie nieopłacalna i, że
wymieniliśmy zdecydowanie za mało…

Na granicy spędziliśmy ok. 4h, okazało się, że to strona turecka
przysparza większej ilości problemów i zwalnia cały proces, po stronie
irańskiej wszystko poszło w miarę sprawnie.

Tuż za granicą zatankowaliśmy 100L na kartę – za 2$ (!).

Z racji zmiany czasu i późnej pory zdecydowaliśmy się na nocleg w niedalekim Maku, w hotelu Laleh
(od osoby 8$, stargowane z 10$, jak na warunki cena dość wysoka – minus
przyjeżdżania do hoteli wieczorem). Zaparkowaliśmy na parkingu dla
taksówek za hotelem (3$) powodując ogólne poruszenie wśród przechodniów.

 

Zbocza wąwozu otaczającego Maku

 

Co do hotelu -  jeśli jesteście przygotowani na raczej średni
standard pokoi hotelowych – to Laleh spełni Wasze oczekiwania. Pokoje
surowe, w stylu koszarowym (brudne ściany, zasłonka zwisająca niedbale
na 3 żabkach, nieco zapuszczony prysznic + umywalka). Toalety są blisko,
ale na korytarzu. W nocy pogryzły nas meszki i komary. Pościel
wyglądała na czystą ale patrząc na resztę pokoju i tego pewnym być nie
można… Podsumowując hotel do przeżycia, ale jeśli macie czas –
sprawdźcie ofertę innych, ta opcja trąci trochę desperacją.

 

 

Pod wieczór wybraliśmy się na krótki spacer po miasteczku położonym w
wysokim skalnym wąwozie. Kupiliśmy reklamowany w jednej z relacji sok
RANI (w puszce, z miąższem owoców) – naszym faworytem został Sour Cherry
(miła alternatywa), inne choć smaczne – są bardzo słodkie.

Wstąpiliśmy do cukierni kupując 4 duże ciastka za bagatela 60gr, oprócz tego „upolowaliśmy” złodziejkę oraz mały śrubokręt.

23.06.2010 – Bajkowe wodospady po drodze do Ardabil i prawdziwy hotelowy „rarytas”.

Poprzedniego wieczoru próbowaliśmy kupić chleb ale było już
zdecydowanie za późno, rano okazało się, że piekarnia znajduje się
blisko hotelu. Maciej i Antek kupili kilka gorących placków (do tego
stopnia, że w drodze powrotnej musieli się zmieniać bo parzyły), które
zjedliśmy ze smakiem na śniadanie.

Po kolejnym pakowaniu ruszyliśmy w drogę do Jolfy, na zachód od,
której znajduje się kościół św. Stefana. Trochę kluczyliśmy ale z pomocą
lokalnych mieszkańców dojechaliśmy w końcu na miejsce. Wstęp jest
płatny (3000 IR). Kościółek jest urokliwy ale niestety wrażenia psują
rusztowania, a duża część malowideł się nie zachowała.

 

 

Jadąc z Jolfy do Aharu (malowniczą trasą wzdłuż granicy z
Azerbejdżanem) koniecznie trzeba zobaczyć wodospady Asiab Kharabe.
Pewnie mieliśmy szczęście bo w poprzednich dniach padało także wodospady
z pewnością robiły większe wrażenie  niż podczas suszy. Bajkowe miejsce
– strumień, zieleń drzew i odświeżająca bryza rozpryskującej się o
skały wody. Gdybyśmy byli przygotowani (a raczej męska część naszej
wyprawy) moglibyśmy wdrapać się na kamienie pod samą ścianą wody (jak
niektórzy z Irańczyków) i wziąć mały prysznic. Podczas naszej wizyty
zbierało się na burzę więc nie było tłoczno ale i tak dało się zauważyć,
że podczas weekendów czy lepszej pogody biwakujących Persów musi być
znacznie więcej.

 

Droga z Jolfy do Aharu, przy granicy z Azerbejdżanem


Wodospady Asiab Kharabe

 

Grzmienie i błyski zmusiły nas do opuszczenia miejsca w pośpiechu –
całkiem słusznie bo już niedługo burza rozpętała się na dobre.
Jechaliśmy w podcieniach skał, na wysokości 2000m npm. próbując uniknąć
trafienia kamieniami, które osypywały się ze ścian wąwozu. Szukaliśmy
drogi do Kharvany, w końcu zatrzymaliśmy się na poboczu by Maciej mógł
szybko wyskoczyć z samochodu i zapytać kierowcę TIRa o drogę. Okazujało
się, że oprócz ulewy rozpętała się też wichura, Maciej razem z drzwiami
(a te we Fiacie Ducato nie są najlżejsze) dosłownie zostaje wyrwany na
zewnątrz. Po chwili okazuje się, że pewnie znów będziemy potrzebować
pomocy mechanika bo drzwi odstają i praktycznie niemożliwym staje się
ich otwieranie i zamykanie. W miejscowości Nurduz zatrzymaliśmy się obok
sklepu spożywczego, Rafał wszedł do środka by zapytać o drogę. Po
chwili Rafał już popijał herbatę w sklepie a my smętnie zerkaliśmy na
Niego przez strugi wody spływające po szybach samochodu… Jeden z
mężczyzn postanowił pokazać nam drogę do Kharvany jeśli podwieziemy go
do miejsca, gdzie ma swoje ule. Ku wielkiej uciesze wszystkich
zgromadzonych w sklepie – zapakował się do naszego samochodu dzierżąc 3
baryłki cukru. Iwona, Kasia i Antek dzielnie starali się zagadywać
Irańczyka studiując rozmówki angielsko-perskie.

Po drodze próbowaliśmy znaleźć warsztat by zreperować wyrwane drzwi.
Znalazł się jeden w Varzagan. Znów wzbudziliśmy niezłą sensację, oprócz
mechanika koło naszego samochodu utworzyła się spora grupka (oczywiście
mężczyzn ;)).

Już ze sprawnymi drzwiami (za naprawę mechanik nie chciał ani grosza –
mimo naszego nalegania) udaliśmy się na obiad. Za 24$, osiem osób
najadło się bardziej niż do syta. Zaserwowano nam pyszną warzywną zupę
przypominającą naszą pomidorową z kaszą pęczak oraz wielkie porcje ryżu z
mielonym mięsem (a la Adana kebab). Byliśmy tak niesamowicie głodni, że
zajadaliśmy wszystko z wielkim smakiem.

 

 

Kontynuując seans „Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową”, po 15h jazdy
dojechaliśmy do Ardabil (ok. 23:30). Czytając przewodnik Lonely Planet,
planujemy podjechać do centrum i opłacić taksówkarza by zawiózł nas pod
jeden z nich. Jednak już na wjeździe do miasta zauważamy hotel NADRI (wg wizytówki, bo na szyldzie – napis NADARI).

Na początku miałam opisywać nasz pobyt w hotelu Nadri z taryfą ulgową
ale wydarzenia środkowego poranka postawiły wszystko w nieco innym
świetle. Nikt z obsługi nie potrafi powiedzieć ani jednego słowa po
angielsku, no chyba, że liczymy „bye”. Aby się z nami porozumieć
właściciel zadzwonił do swojej córki Sonii. Rozmowa wyglądała
następująco: on mówił coś córce, ja rozmawiałam z nią, ona rozmawiała z
nim i tak do końca świata i jeden dzień dłużej… Wyraźnie zaznaczyłam, że
potrzebujemy noclegu dla 7 osób (Antek w 90% przypadków chciał spać w
samochodzie), prosiłam o podanie ceny, kiedy usłyszałam ofertę,
upewniałam się kilka razy, że chodzi o cenę w irańskich rialach… Sonia
przekazała mi, że jej ojciec przygotowuje dla nas najlepszy pokój w
hotelu, pokój z łazienką i rest roomem. Wszystko miało kosztować 130 000
IR czyli 13$. Niby śmiesznie mało ale patrząc chociażby na wygląd
korytarzy i „jedynki”, którą nam pokazał – cena wydała się mimo wszystko
rozsądna… Poczęstowano nas ananasowym sokiem i nieco dziwnym
ciasteczkami z koperkiem i kazano czekać – luksusowy pokój musiał zostać
posprzątany. Czekaliśmy ok. 40 minut.

W końcu zostaliśmy zawołani przez pracownika obsługi na samą górę –
pokój mieścił się na dachu. Okazało się, że albo był to pokój/mieszkanie
właściciela albo pokój niegdyś hotelowy a teraz jego lokum. Szef biegał
w tą i z powrotem straszliwie spocony – oczywiście bardzo mu
podziękowaliśmy.

I teraz część, którą mogłabym ominąć – biorąc pod uwagę miły gest
udostępnienia swojego mieszkania – ale nie pominę. Pokój składał się z
małej kanapy, dużego łóżka, małej kuchni i łazienki z prysznicem.

I mimo 40 minutowego sprzątania – było BARDZO,
bardzo brudno.. Nawet nie chcemy sobie wyobrażać jak tam musiało
wyglądać wcześniej. Łóżko podparte kamieniem, przykryte śmierdzącym
prześcieradłem, do tego górka pościeli, z której nikt nie chciałby
skorzystać… W dużej mierze niedziałająca łazienka. Plus mnóstwo kurzu i
prezentów w postaci nieumytych naczyń pod fotelem czy brudnej bielizny i
skarpetek „walających” się po podłodze, tu i ówdzie.

Drugim pokojem była wcześniej wspomniana jedynka na pierwszym
piętrze, również nie grzesząca czystością, zanim rano zjedliśmy tam
śniadanie niezbędne były małe porządki – Iwona przetarła stolik szmatką i
wierzcie lub nie – szmatka była czarna jak węgiel.

W boskim lokum na dachu musieliśmy pomieścić się w piątkę, Iwona
spała w pokoju na dole na łóżku a Rafał na karimacie. Maciej, Kasia i
Justyna ścisnęli się na łóżku szefa, Piotrek i ja musieliśmy rozłożyć
się na ziemi na materacach.

 

24.06.2010 – Turkey – no problem, Syria & Jordan – no problem, Iran – hotel – problem!

Po pobudce i śniadaniu spakowaliśmy się szybko zostawiając sobie
jedynie formalność – zapłatę za hotel. Niby taka prosta czynność a
zrobił się wielki problem…

Mieliśmy uszykowane 130 000 IR, szef jednak pokręcił tylko przecząco
głową i wybrał numer córki. Za chwilę się okazało, że przecież ona
wczoraj mówiła wyraźnie, że 130 000 tomanów czyli 130$. A pytałam
wyraźnie „130 000 RIALI?”. Zaczęła się dyskusja, ja tłumaczyłam Sonii,
że 130$ to zdecydowanie za dużo (i, że możemy zapłacić co najwyżej 50$) 
– ona na to, że rząd nakłada na hotele ceny za dane pokoje. W tym
momencie emocje zaczęły w nas buzować na poważnie. Rafał powiedział, że
nie będzie płacić 130$ za spanie na podłodze. Sonia uparcie twierdziła,
że ojciec zaoferował nam luksusowy apartament ze wszelkimi
udogodnieniami (tu już nóż otworzył mi się w kieszeni)… My uparcie
powtarzaliśmy, że to za dużo i, że wczoraj była mowa o innej sumie. W
tym momencie szef wyłączył się z dyskusji wykrzykując coś po persku i
ciskając we mnie słuchawką z dużą dozą agresji (tu zrobiło się już
NAPRAWDĘ nieprzyjemnie), zostawił problem młodemu chłopakowi – chyba też
krewnemu. Sonia i spółka uparcie podawali nam ceny w Tomanach (była
waluta) i na nasze pytanie – czyli ile w rialach albo dolarach? –
odpowiadali: „nie, nie w rialach nie, w Tomanach”. Argumenty typu – w
innych hotelach jest dużo taniej były odpierane całkiem trafnie – to
trzeba było jechać gdzie indziej a najlepiej pokazać im gdzie jest niby
tanio (pffffff…). Przyszedł moment, że powiedziałam do taty (Macieja) –
„Tato, ja za to dopłacę, ale błagam jedźmy już stąd!”. Przypadła mi w
udziale strasznie stresująca rola – pomiędzy nieugiętymi Persami a
Maciejem i Rafałem, którzy gotowi byli wzywać policję niż dać się
chamsko oszukać.

W końcu padła oferta „100$”, na którą zmęczeni się zgodziliśmy. Sonia
po uprzednim upewnieniu się, że zapłacimy tą stówę i, że już wszystko
gra – życzyła nam szczęśliwej podróży i miłego pobytu. Rafał pobiegł do
samochodu po 100$, położył na ladzie i co? Chłopak pokręcił głową,
dolarów to on nie chce. I tu padło tytułowe sformułowanie, wykrzyczane
przez Rafała. Uzbieraliśmy jakoś odpowiednią ilość riali i zapłaciliśmy.
Młody chłopak rozjaśnił się jak słońce i zakrzyknął „good”, na co Rafał
odparł krótko „no good!”. I tyle nas widzieli.

Przed udaniem się w drogę do Teheranu podjechaliśmy jeszcze do
centrum Ardabil. Z pomocą mieszkańców szybko znaleźliśmy mauzoleum
założyciela dynastii safidyckiej Sheikh’a Safi Od-Din’a (0,4$ za bilet).
Mimo, że Ardabil nie znajduje się na liście must-see Iranu, to naszym
zdaniem jest z pewnością godne uwagi. Zarówno zewnątrz jak i w środku
(m.in. misternie rzeźbione w drewnie grobowce) jest co oglądać.

 


Mauzoleum Sheikh’a Safi Od-Din’a

 

Wnętrze:

 

Skierowaliśmy się na południe, nad Morze Kaspijskie gdzie
zatrzymaliśmy się na chwilę na postój na plaży. Taki był pierwotny plan,
w praktyce męska część wycieczki odbyła krótką kąpiel. Po porannej
przeprawie hotelowej – tylko tego nam było trzeba… Rafał, Maciej i Antek
wskoczyli w slipach do morza ciesząc się jak dzieci, a my – kobiety
stałyśmy smętnie na plaży (bardzo brudnej, swoją drogą). Dopadł nas mały
kryzys, polało się trochę łez. Mimo, że wszyscy zapewniali, że woda
jest „zupowata” i nie bardzo jest czego żałować…

 

 

Następnym przystankiem był Cmentarz polski przed miejscowością
Bandar-e Anzali. Ponoć często jest zamknięty, my jednak obeszliśmy go
dookoła i okazało się, że jest wejście – przy czyjejś posesji. Naszą
drogę przez nieduży cmentarzyk katolicki różnych innych narodów śledziła
kobieta i jej dwoje synów z psem. By odpowiedzieć na pytanie „Skąd w
Iranie polski cmentarz?” przytoczę tylko to co jest napisane na pomniku
pośrodku cmentarza:

Tu spoczywa 639 Polaków. Żołnierzy Armii Polskiej na wschodzie
generała Władysława Andersa i osób cywilnych. Byłych jeńców i więźniów
sowieckich łagrów zmarłych w 1942 r. w drodze do Ojczyzny.  Cześć Ich
pamięci.

Sam widok cmentarza polskiego na końcu świata był bardzo poruszający.
Przejście przez rzędy małych płyt nagrobnych z nazwiskami (powoli się
zacierającymi) np. 7 miesięcznych dzieci czy 22 letnich strzelców Armii
Polskiej – tylko wzmogło smutną atmosferę.

Cmentarz jest zadbany i czysty, widać, że polska ambasada musi łożyć
na jego utrzymanie. Kobieta i dwójka bezczelnych dzieciaków o, których
już wspominałam zaczęła upominać się o zapłatę (za przejście przez ich
podwórko i otwarcie nam alternatywnego wejścia), po otrzymaniu 2$
wybuchli śmiechem (bardzo adekwatnym na cmentarzu…) i tak rechotali aż
do samej bramy. Żeby było jeszcze milej jeden z chłopaków podał
Piotrkowi lewą rękę (wielka obraza), całe szczęście ten nie zareagował.

 

 

Ruszyliśmy w dalszą drogę (już było jasne, że do Teheranu dojedziemy
dopiero w piątek) w okolice Chalus. Jako, że piątek to dzień wolny w
świecie muzułmańskim – pierwszy lepszy hotel do, którego zajrzeliśmy
okazał się w całości zajęty lub zarezerwowany. Mieliśmy naprawdę wielkie
szczęście, że dosłownie 5km dalej (dokładniej: na drodze z Tonekabon’u,
ok. 50km przed Chalus) Antek wypatrzył hotel NASHTARUD, który okazał się prawdziwą REWELACJĄ na naszym hotelowym, irańskim szlaku.

W recepcji spotkaliśmy małżeństwo – Pani mówiła dobrze po angielsku i
pomogła nam w dogadaniu się i utargowaniu ceny. Stanęło na 80$ (i tu
znowu „gól nam skacze” na myśl o hotelu w Ardabil i ich 100$ za
tragiczne warunki…) za dwie „trójki” (jedno pojedyncze łóżko, jedno
szerokie, podwójne).

Pokoje duże i przestronne i bardzo czyste. Do tego ładna łazienka,
wygodne łóżka + czyste jak łza pościel i koce, toaletka, TV i uwaga,
uwaga… klimatyzacja! Mam wrażenie, że warunków w Nashtarud pewnie nic
nie przebije. Zdecydowanie, warto go wybrać, zwłaszcza, że patrząc na
nadmorskie standardy – ceny są bardzo niskie.

 

 

25.06.2010 – Pierwsze kroki w stolicy

Ten dzień w znacznej części spędziliśmy w samochodzie przedzierając
się przez góry do Teheranu. Trasa Karaj – Teheran to jedyne 150km ale
jeśli ktokolwiek myśli, że przejedzie je w 1,5 czy 2h – niestety musi
marzyć dalej. Kręta i bardzo wąska szosa (oczywiście Irańczykom nic nie
stoi na przeszkodzie ryzykownie wyprzedzać…) nie pozwala na zbytnie
dociskanie pedała gazu. Średnia prędkość to ok. 40km/h. I tak mieliśmy
szczęście, bo prawdziwe tłumy jechały w drugą stronę – nad morze.

Niemniej, trasa przepiękna. Powiedzieć – malownicza – to chyba za
mało. Droga wiedzie przez bardzo wysokie (do 4600m npm.), zielone i
pokryte mgłą górskie szczyty (cudowny orzeźwiający chłód!), przez wąwóz
rzeki wpadającej do jeziora, aż do suchych, pomarańczowo-żółtych
krajobrazów.

 

 

Tutaj też spotkała nas, a raczej Justynę – nieprzyjemność ze strony
młodego Irańczyka, pracującego w kawiarni. Na postoju górskim szukałyśmy
toalety, ten mężczyzna wyszedł przed lokal i pokazał nam drogę do wc.
Kiedy już wychodziłyśmy, przeszedł do toalety by rzekomo umyć ręce i
mimo, że miejsca było dostatek – on przechodząc otarł się (bardzo
erotycznie) o Justynę. Ta była w takim szoku, że nie zareagowała
odpowiednio (według rad jakie słyszeliśmy – powinna zrobić wielki
raban).

Przed wjazdem na krótki odcinek autostrady do Teheranu zatrzymaliśmy
się na obiad. Kupiliśmy też w kiosku kartę telefoniczną (można z niej
korzystać łącząc się z Internetem) bo od kilku dni praktycznie nie mamy
kontaktu z Polską, z rodzinami – mimo, że np. Era zapewnia, że w Iranie
jest roaming – to do tej pory go nie „zauważyliśmy” (smsy przychodzą jak
chcą, wysyłanie też rzadko się udaje).

 

 

W Teheranie zatrzymaliśmy się na chwilkę by zobaczyć wieżę Azadi,
zbudowaną z okazji 2,5 tysiąclecia Imperium Perskiego przez Szacha Reza
Pachlavi’ego. Warto na nią spojrzeć chociażby ze względów
architektonicznych.

 

 

Po małej pomocy ze strony przewodnika Lonely Planet, z 3 hoteli
(Sa’adi, Markazi oraz Yas Guest House) wybraliśmy Yas Guest House – ze
względu na niską cenę (80$ za 8 osób), łazienki w pokojach, delikatną
klimatyzację,  dużo miejsca i względną czystość. Minusem mogą być
strasznie twarde łóżka – materac pewnie jest z drewna… W pozostałych
dwóch – standard wyższy – cena nieznacznie większa, pokoje
przypominające te w europejskich hotelach (zwłaszcza Markazi), ze
śniadaniem w cenie – oba również warte polecenia.

 

 

Na zakończenie dnia zrobiliśmy małe pranie i wybraliśmy się na krótki
spacer po okolicach naszego hotelu oraz mini bazarze. Zdążyliśmy już
zauważyć, że Teheran podzielony jest na „ulice tematyczne”. My
mieszkaliśmy na ulicy żarówek energooszczędnych i kryształowych
żyrandoli ;)

 

 

Nabytek Iwony

 

Wspomniana – nasza dzielnica „żyrandolowa”

26.06.2010 – „Nie spać, zwiedzać!” – ruszamy na podbój kilku teherańskich muzeów

Przy śniadaniu okazało się, że kupione wczoraj chlebo-placki
w dużej części wyschły na wiór – tu rada – nawet placki prosto z pieca należy
złożyć i schować do związanego worka czy siatki, pozostawione do wystygnięcia
wysychają na Amen.

Muzeów w Teheranie jest mrowie, zapoznawszy się z
przewodnikiem Lonely Planet oraz polską pozycją autorstwa Szczepana Lemańczyka wybraliśmy
kilka najbardziej wartych uwagi. Od razu mogę nadmienić, że wybór był trafny.

Miejscem od, którego zaczęliśmy sobotnie zwiedzanie Teheranu
było Muzeum Narodowe Iranu (wstęp: 5000 IR/osoba). W skład zbiorów wchodzą
między innymi: kopia Kodeksu Hammurabiego (eksponat łatwy do przegapienia, stoi
przy samym wejściu), liczne znaleziska z Perspepolis, brązy z Larestanu, zbiory
pięknej biżuterii czy Solny Człowiek (zmarły w 3 lub 4 wieku, nieznane są
okoliczności w jakich zginął i został „pochowany” w soli – głowa, ubranie,
ekwipunek  - wszystko bardzo dobrze
zachowane). Jak to w Narodowych Muzeach bywa – każdy znajdzie coś
interesującego.

Przed budynkiem Muzeum Narodowego poznaliśmy Irańczyka,
który bardzo dobrze mówił po angielsku, dał nam kilka rad i opowiadał o
poznanych Polakach, pochwalił się też znajomością polskich miast.

Później studiując plan miasta dodarliśmy do Pałacu Golestan
(w skład którego wchodzi 7 muzeów, tego dnia czynne było tylko 5 z nich). Muzeum Negar
Khane było nieczynne – zwiedziliśmy tylko Iran-e Takht-e Marmar (3000 IR),
Muzeum etnograficzne (4000 IR) i przespacerowaliśmy się po terenie kompleksu .
Oprócz ciekawych wystaw, sam Pałac Golestan (pokryty ręcznie malowanymi
kaflami) to miłe miejsce na chwilę oddechu wśród zieleni. Przed dalszym
zwiedzaniem poszliśmy na kawę w bardzo klimatycznej, „pałacowej” kawiarni –
fanta, herbata i 6 kaw to koszt 110 000 IR – 11$.

 

Migawki z Pałacu Golestan


Muzeum Etnograficzne

 

Przed Pałacem dziwnym trafem po raz kolejny (w drodze do
Golestan też na niego ‘wpadliśmy’) spotkaliśmy Irańczyka z pod Muzeum Narodowego.
Tym razem poinformował nas, że dzisiaj jest święto i o wizycie na bazarze czy w
Muzeum Klejnotów możemy zapomnieć. Dodatkowo cały czas, trochę namolnie
opowiadał o kawiarni czy klubie do, którego zabiera wszystkich obcokrajowców.
Zapewniał, że to idealne miejsce na kawę, herbatę i relaks przy muzyce. Nijak
nie chciał się odczepić więc istnieje duża możliwość, że mimo, że zarzekał się,
że nie pracuje dla tej knajpy – to jednak pracuje. Albo jesteśmy zbytnio
podejrzliwi.

Skoro nie mogliśmy zwiedzić Muzeum Klejnotów (którego
osobiście nie mogłam się już doczekać) stwierdziliśmy, że spróbujemy się jakoś
dostać do muzealnego kompleksu Sa’d Abad. Nasz pseudo przyjaciel od razu
stwierdził, że to zły pomysł – że to daleko (to akurat prawda, leży na samej północy
Teheranu), że nie mamy czasu a tam tyle do zobaczenia (jakby nie można było
zobaczyć tylko części z muzeów)… I, że co? Że najlepszym wyjściem dla nas
będzie udanie się do polecanej przez niego knajpy. W tym momencie na poważnie
zaczęliśmy mieć go dość, ruszyliśmy więc w stronę postoju taksówek a tam za
dotknięciem magicznej różdżki pojawił się bus-taxi. Kierowca nie mówił po
angielsku, ale z pomocą przewodnika Lemańczyka (przy każdej nazwie muzeum
podaje odpowiednik nazwy po persku) dogadaliśmy się, że zawiezie nas do Sa’d i
z powrotem, a na miejscu na nas poczeka.

Do kompleksu dojechaliśmy w 30 minut, kierowca taksówki bez
zbędnych zahamowań „pruł” 100 km/h  po
ulicach Teheranu, które nie żądzą się żadnymi prawami. Cena za oba kursy to
30$. Wiemy, że pewnie sporo przepłaciliśmy – kierowca zgarnął dniówkę, jak nie
lepiej. Ale co tam, mówi się trudno.

 

Taksówka do kompleksu Sa’ad Abad

 

Sa’ad Abad jest ogromny, cały obszar ma ponad 100 hektarów.
Po terenie rozsiane jest bardzo wiele muzeów i główne pałace – Biały i
Zielony (wstęp do każdego kosztuje 5000 IR + 2000 IR za wstęp do parku), które
my zobaczyliśmy. Jeżeli ktoś ma trochę zbędnego czasu nawet nie chcąc niczego
zwiedzać – powinien postarać się by tu przyjechać. Przestronny, poprzecinany
strumykami, podzielony na alejki z ławeczkami i mostkami park to cudowna
odmiana po gorącym Teheranie. Spacer w przyjemnym chłodzie cienia drzew to sama
przyjemność. Zdecydowanie nie żałujemy decyzji.

 

 

Zwłaszcza po tym co zobaczyliśmy później.

W parku są słupy z tabliczkami z drogowskazami jednak mimo
mapy dostanej razem z biletami można mieć mały problem z rozróżnieniem
niektórych obiektów. Jako pierwszy zobaczyliśmy Biały Pałac (inaczej Pałac
Narodów) przed, którym stoją słynne buty – pozostałość ogromnego pomnika z
brązu przedstawiającego Rezę Shaha Pahlaviego. Biały Pałac ma dwa piętra
(dodatkowo w piwnicy mieści się Muzeum sztuki narodowej, płatne osobno), był
niegdyś  ostatnią letnią rezydencją Szacha. Wedługo opinii twórców przewodnika Lonely Planet niektóre z mebli czy
dekoracji stawiają pod znakiem zapytania dobry gust Szacha – my jednak jesteśmy
dalecy od takich opinii. Pałace utrzymane są w jednym stylu – czegoś co można
by określić mianem nowoczesnego baroku, nic tu nie wadzi. Owszem, widać
przepych, uwielbienie bogactwa i może nawet snobstwo właścicieli ale wszystko
składa się w jedną, co tu dużo mówić – imponującą całość. W Białym Pałacu
powinno się zwrócić uwagę na gigantyczne, piękne dywany na piętrze (jeden z
nich mierzy aż 145 m2 i jest uważany za jeden z 
największych dywanów kiedykolwiek wyplecionych w Iranie), XIX wieczne
obrazy, zagraniczne meble, żyrandole (z Czechosłowacji) czy ciekawostkę –
zmyślny system klimatyzacji – uchylane dolne części ścian.

 

 

Po drodze do Zielonego Pałacu spotkała nas miła
niespodzianka. Siedzący pod drzewem Irańczyk zaczepił nas pytając skąd
jesteśmy. My, już odruchowo krzyknęliśmy „Lechistan”, na co on się stropił i
dodał „Wasz prezydent niedawno zginął?”, kiedy potwierdziliśmy dodał jeszcze,
że mu przykro.

Po lekko kryzysowym podejściu (zmęczenie dające się we znaki
+ mały głód + droga pod górkę) doszliśmy do Zielonego Pałacu. To w nim Szach
przyjmował specjalnych gości. W przewodniku LP autor stwierdził, że można go
sobie odpuścić bo nie wchodząc – widać prawie wszystko. Poważnie nas zastanawia
fakt czy aby na pewno był tam gdzie my…

Niestety w środku nie można fotografować.

 

 

Jest olśniewający! I to dosłownie. Oprócz ekskluzywnych
mebli, obrazów czy dywanów podobnych do tych z Białego Pałacu – warto zwrócić
uwagę na np. ciężkie zasłony z jedwabiu i srebra w jednym z pokoi. Prawdziwą
sztukaterią są ściany (robione 4 lata) – swoista mozaika wykonana z kryształków
szkła. Widzieliśmy już sporo bogatych rezydencji czy pałaców ale czegoś takiego
zdecydowanie – nie.

Po kompleksie krążą busiki (5000IR = 0,5$) – więc jednym z
nich wróciliśmy na dół. Tam na ławce czekał kierowca naszej taksówki. Widocznie
nam zaufał bo po pierwszym kursie nie pobrał należnej opłaty (a dla
nieuczciwego nic trudnego – z parku są przynajmniej dwa alternatywne wyjścia).
Przed powrotem do hotelu kupiliśmy chleb (kierowca za niego zapłacił) oraz
poprosiliśmy o zatrzymanie się przy najbliższym sklepie spożywczym – by
uzupełnić zapasy Rani.

Podarowaliśmy sobie obiad w restauracji, postanowiliśmy
wykorzystać trochę naszych zapasów obiadowych.

 

Średnio apetycznie, ale co zrobić… ;)

 

Zwieńczeniem dnia było kino hotelowe (przynieśliśmy z
samochodu nasze dvd i podłączyliśmy do hotelowego TV) – „Jeszcze dalej niż
północ” (swoją drogą, świetna francuska komedia) i degustacja bezalkoholowych
piw w najróżniejszych smakach, z ciekawszych – kwiat hibiskusa.